Spokojny blask ogniska dociskał zmęczone powieki. W oddali szumiał raz po raz odgłos anomalii, a brzuchy zgromadzonych przy ognisku raz po raz pomrukiwały z nasycenia. Zgromadzone dziś przezeń łupy zapakowane na pokład śmigłowca przemierzały teraz niebo strefy, a oni czekali na powrót ostatniego oddziału wysłanego do sekretnych schowków. Dopiero przy ich powrocie mieliby powrócić do swej bezpiecznej przystani. Ale oddział dopiero niedawno wyruszył, a im i tak nieśpieszno było do powrotu. Uraczeni konserwą, podpici płynnym żytem i otuleni ogniskowym ciepłem nie tęsknili do chlorowej wody ze szlauchu i chrzęstu tabletek antyradu między zębami. Spokojny blask ogniska dociskał zmęczone powieki...
Około północy coś tknęło. Warta nawet pomimo zmęczenia poczuła nagle, że coś się stało. Chwila wytężonej pracy mózgu, aby tępota i senność ustały. Jest. A właściwie to nie ma... Zona ucichła. Całkowicie...
Kiedy po kilku minutach cisza zaczęła ogłuszać, wdzierać się przez uszy do mózgów, to nastąpiło. Kanonada w oddali, potem rozbłyski strumieni ognia. Wszystko z okolic drugiego schowka. Nasi. O kurwa...
Śmigłowiec był poza swoim zasięgiem, próba wezwania go przez radiostacje tylko rozwiała wątpliwości.
Ciężarówką, przez Zonę, w środku nocy, poprzez anomalie, mutanty, bandytów, byle dotrzeć do wątłej racy wiszącej na nieboskłonie...

